wtorek, 22 października 2013

Proces

W życiu człowieka zdarzają się takie momenty, które zmieniają to wspomniane życie praktycznie w każdym aspekcie. Determinują decyzje, ukierunkowują na nowe cele, dosmaczają każdą chwilę, bo nagle każda jest ważna. W takie momenty wpisuje się najczęściej śmierć bliskiej osoby, utrata dotychczasowego życia, rozstanie, choroba - wszystko, co stawia nam przecinek w życiorysie i wymusza w sposób wyjątkowo naturalny te wszystkie trudne pytania o sens egzystencji.

W moim życiu takich chwil z przecinkami było wiele, ale póki co tym najważniejszym momentem okazała się ostatnia wizyta u lekarza. Na lewo i prawo trąbi się o profilaktyce i choć ja nigdy nie miałam się za "panią życia i śmierci", to raczej kwestie utraty zdrowia omijały mnie łagodnie. Wiadomo, do czasu...

Z ostatniego ultrasonografu wróciłam z albumem zdjęć, wszystkie przedstawiały świetnie rozwinięte torbiele w moich i tak niewielkich piersiach. Podobno niegroźne, ale moja reakcja, a jestem osobą raczej realnie i pragmatycznie podchodzącą do świata, była mocno emocjonalna, gdy przeczytałam skierowanie do centrum cytogenetyki, do "specjalisty od skorupiaków".

Mija piąty dzień, pod koniec tygodnia dowiem się na ile słuszne są moje zmartwienia. Jednak najbardziej istotne jest to, jak bardzo zmieniło się moje podejście do własnego życia. Zdałam sobie sprawę z jakim brakiem szacunku do swojego życia podchodzę. Jak wiele razy udało mi się prześlizgać w imię wygody, lenistwa, czy ignorancji.

Dziś wiem, że ten alarm, oby fałszywy, obudził mnie z letargu, popchnął do zrobienia porządku w życiu, w znajomościach, w rozprawieniu się ze stresem, który wywołał cały ten proces; zmusił mnie do zadbania o siebie, o swoje szczęście, o to co jem, jak wygląda mój dzień.

Czas podjąć zmiany i zacząć żyć na prawdę, bo już wiem, że życie jest bardzo kruche i ulotne.

M.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz