Nie było źle, ot kilka siniaków, trochę pieczenia. I łzy strachu w oczach. Materiał pobrany, żółty, surowiczy, lekko pienisty. Wyniki powinnam odebrać w zeszły czwartek, nie mogłam. Dzwoniłam, wiecznie zajęte.
Wyłączyłam ten problem. Uznałam, że jestem zdrowa. Żyję dziś, więc żyję, w dupie z resztą, co ma być to będzie. Psychika mi siada. Wiecznie coś, wiecznie ktoś coś...
Wujek umarł. Rak płuc.
Fochy szefa, praca wiele godzin przez wiele dni z rzędu. Stres zapalnikiem łuszczycowym, znów zrzucam skórę. Na twarzy. W pracy mówią do mnie Czarna Mamba, chyba na cześć nowego koloru włosów i jadowitości.
Do wczoraj celem wytchnienia miały być cudowne Święta. Do wczoraj, gdy dowiedziałam się jak bardzo się plany zmieniają. Mój niereformowalny brat też będzie. Moja reakcja bardzo silna, emocjonalna, bunt, mój partner nie chce przyjść. Mój tato też nie chce. Ja przyjdę, ale co to za Święta w podziale? Już bym wolała być przed Sylwestrem. By już było po Świętach...
Mam poczucie kamienienia, od wewnątrz. Ostatnie wydarzenia sprawiają, że staję się twarda
jak głaz, serce mam czarne jak włosy i tylko ta czerwona szminka
podkreśla moją coraz wyższej jakości sukowatość.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz